sobota, 19 marca 2016


35

Cyrylowi podobało się w Tybecie do momentu, kiedy Silva beztrosko poinformowała ich, że aby dostać się do najbliższego zamieszkałego miejsca będą się musieli wspinać.
I to wysoko.
Nie rozumiał, dlaczego samolot nie mógł wylądować bliżej jakiejś wioski, albo jeszcze lepiej, miasta. Wydawało mu się to o wiele łatwiejszym rozwiązaniem, ale wolał nawet się nie pytać: po pierwsze, wujek jak zwykle udzieliłby mu jakiejś kompletnie niezrozumiałej odpowiedzi, po drugie, on sam, Cyryl, mógłby wtedy wypaść z marszowego rytmu, a po trzecie, chwilowo bardziej zajmowała go Julia, idąca ramie w ramie z tym przeklętym zabójcą i przeglądająca gazetę.
Normalna osoba może zachwyciłaby się oszałamiającym widokiem, jaki rozciągał się z wysokości, na jakiej się znajdowali, albo zaczęłaby podziwiać wszystkie drzewa i skały oraz wchłaniać TĄ atmosferę. Atmosferę harmonii i spokoju, pogodzenia się ze światem. On jednak myślał tylko o tym, że jest mu zimno, a ten zbir przekroczył krytyczną linie wokół jego bogini, którą Cyryl dawno temu wyznaczył sobie w myślach.
Już nie ma przebacz.
Arashi Tenmetsu musi zginąć.
Młody łowca pojął to już w te wakacje, zaraz po tym, jak śniła mu się uwięziona w wieży Julia (ach, te jej jedwabiste włosy…) on jako rycerz i Arashi w roli potwornej bestii. Tego dnia zaczaił się nawet na zabójcę, ale w ostatniej chwili stchórzył, czego powodem był fakt, że Ziemia nosiła jeszcze tego „plugawego zbira”.
Ale już niedługo…
-O czym myślisz? – beztrosko zapytał Metody, zrównując się z bratem.
-Chcę zabić tego niecnego, niegodnego plugawce.
-Arashiego? – podchwycił chłopak.
-No przecież mówię.
-A pomóc ci?
Cyryl zmierzył go zdumionym spojrzeniem.
-Ty tak serio?
Metody z uśmiechem poklepał go po ramieniu.
-Chłopie, jesteśmy rodziną. Jak już kogoś ubijamy, to zbiorowo.
-To takie… wzruszające. – niepewnie przyznał Cyryl.
-Jasne, że tak, braciszku. To od czego zaczynamy? A więc ja to widzę tak: kolorowe światła, jakiś motyw z Dickensa i narzędzia tortur.

*

-Ciociu, nie przypominasz sobie przypadkiem, czy tej nocy nie napadliście na jakiś bank? No… na przykład na Bank Narodowy we Włoszech? – głośno zapytała Julia, przekrzykując szmer wiatru. Irytował ją: szarpał jej włosami (to był jeden z tych momentów, kiedy szczerze żałowała, że nie potrafiła ich wiązać tak jak ciocia Silva) i gazetą, momentami prawie rzucał na Arashiego. Zabójca nie wyglądał, jakby go to denerwowało, ale nie życzyła sobie, żeby doszło do sytuacji, w której POMAGAŁBY jej się podnieść.
Żadnej McEver nie zniósł by czegoś takiego (znaczy…. Żaden SZANUJĄCY się McEver. Jej najbliższa rodzina nie liczyła się do bilansu.)
-Tak. – Julia już wyprostowała się, zadowolona z tej odpowiedzi, ale Strażniczka dokończyła z lekkim uśmiechem. – Albo i nie.
Jill zgrzytnęła zębami, ale stłumiła złość i powróciła do wertowania gazety. Silva uśmiechnęła się lekko.
-Musisz ją tak dręczyć? – Dante lekko zmarszczył brwi. – Mogłabyś jej po prostu powiedzieć prawdę.
-Jasne, że muszę. – odparła ze wzruszeniem ramion. – Powinna się zacząć uczyć. A poza tym, co by o mnie pomyślała, gdybym zdradziła jej, że zawaliliśmy noc, grając w „Herosem 3”???
Łowca roześmiał się.
-Rzeczywiście, to niedopuszczalne.
-No właśnie.
-Sam rozumiesz.
-Debra, jak tam!? – krzyknął Dante, rzucając spojrzenie przez ramie.
Była agentka Hadesu, z włosami związanymi w kucyk, i plecakiem wielkości kontenera na śmieci, wlokła się z samego tyłu grupy, całkiem wyczerpana. W normalnych okolicznościach Dante po dżentelmeńsku wziąłby od niej ciężar i nawet towarzyszyłby jej w niesamowicie powolnej wędrówce… ale to nie były normalne okoliczności. W końcu jednym okiem musiał patrzyć na swoich podopiecznych, a drugim na Dellixa, czy przypadkiem nie wyforsował się zbytnie do przodu, co uraziłoby męską dumę łowcy. Ponadto co jakiś czas Silva słodkim głosem pytała go, dlaczego robi zeza.
-Jest... całkiem… nieźle. – wycharczała Debra, usiłując pokazać mu kciuk uniesiony w górę. W połowie tego manewru zatrzymała rękę i przyjrzała jej się ze zdziwieniem, mrużąc oczy, jakby była krótkowidzem. Co jest? Przecież ostatnio, jak sprawdzała, jej lewa dłoń posiadała pięć palców, a nie dziesięć, do diabła...
-Den? – Dante rzucił chłopakowi pytające spojrzenie.
Młody łowca westchnął ciężko.
-Jasne, pomogę jej, ale następnym razem to ty będziesz robił za chłopca na posyłki.
-Zaproś mnie, jak już będzie ten „następny raz” – radośnie poprosiła Silva. – Przyniosę kamerę i urządzimy sobie potem filmowy wieczór.
-Chcesz nagrać, jak latam za różnymi sprawami? – upewnił się Dante.
-Otóż to. Ale lepiej o tym zapomnij: jeszcze nieprzekonująco wypadłbyś przed kamerą.
Den parsknął tłumionym śmiechem i odbiegł pomóc Debrze, a łowca spiorunował kuzynkę wzrokiem.
-Dzięki za podważanie mojego autorytetu przed współpracownikiem.
-Twojego CZEGO? – niewinnym głosem zapytała Silva.
-Oj zamknij się.
Dante uśmiechnął się lekko, a potem zmrużył oczy, przyglądając się Dellixowi, który wybił się już przed grupę i teraz lustrował teren w dole swoimi wszystkowidzącymi oczyma.
-On zaczyna mnie już denerwować – poinformował Strażniczkę.
-A co dokładnie? – potoczyła dookoła beztroskim spojrzeniem, pozwalając sobie na pojedynczy, przebiegły uśmiech.
-Hm… chyba ta jego żołnierska postawa. Czuje się jak w armii.
-Ach tak?
-Właśnie tak.
-Natomiast ja bardzo go lubię. Ma podobne zainteresowania jak ja.
-To twój najlepszy przyjaciel, tak?
Zanim Silva zdążyła odpowiedzieć, dobiegł ich kolejny okrzyk Jill.
-Ciociu, podłożyliście bombę pod sejm? – młoda łowczyni wyjrzała zza gazety, lustrując ciotkę Strażniczkę czujnym spojrzeniem.
-Tak, ale to było w zeszłym roku.
Dante przewrócił oczyma i przyśpieszył kroku.
Pomyślał, że na niektóre pytania lepiej jednak nie znać odpowiedzi.

*

-Widzieliście to? Było blisko – powiedziała Madeleine, zrównując się z Julią i Arashim.
-Bardzo blisko. – potwierdził Nikolaj, patrząc za siebie, przez ramie.
Jill lekko uniosła brwi, a Maddy z potępieńczym jękiem przyłożyła dłoń do czoła.
-Nikolaju Basilu Batesie, mówię o ciociu i wujku, a nie o twojej siostrze i jej chłopaku!
-Jak to nie? – Nikolaj dopiero przed chwilą udaremnił jakiś przypadkowy pocałunek między Natalią, a tym kretyńskim potępieńcem (Cyryl miał swoich plugawców, on natomiast gustował w bardziej subtelnych określeniach).
-Może powinieneś kupić sobie proce? – z rezygnacją zaproponowała Madeleine. – No wiesz, strzelałbyś w Adriana za każdym razem, kiedy zbliżyłby się do Natalii na więcej niż me…. O nie! Nikolaj, to był ŻART!!! Nie rób miny niewiniątka, widziałam ten błysk w twoich oczach!
Coś podobnego błysnęło w oczach Cyryla, idącemu razem z bratem kilka metrów za nimi. W zamyśleniu spojrzał na Julie i Arashiego. Hm, proca. Nie najgorszy ten pomysł… Ale skoro zamierzają zabić plugawca, na to już trochę za późno.
-Serio myślisz, że to może doprowadzić do rozłamu między ciocią a wujem? – zapytała Julia, w zamyśleniu składając gazetę.
-W sumie to nie mam pojęcia, ale martwię się, że tak. Wiecie jak jest, wiele kłótni, wiele ironicznych uwag, ale oni są najlepszymi przyjaciółmi. A skoro teraz zaczynają się sprzeczać bardziej na serio… Coś wisi w powietrzu. I wcale mi się to nie podoba. Co będzie dalej?
-Może zaczniemy od tego, że przestaniesz rozsuwać mi plecak w poszukiwaniu zeszytu. Go tam nie ma. – Jill posłała jej kpiący uśmiech.
Arashi parsknął śmiechem: Silva ze zdziwienia aż odwróciła twarz w jego stronę.
-Nosisz go pod bluzą czy co? – z irytacją zapytała Maddy.
-Może. – łowczyni wzruszyła ramionami.
Madeleine westchnęła i lekceważąco machnęła ręką. Tym razem było TAK blisko…

środa, 16 marca 2016

34



Mimo rady Moriarty’ego, drużyna wyruszyć postanowiła dopiero nad ranem.
 Julia stała w holu hotelu (jeśli można to było tak nazwać) i w zamyśleniu bawiła się sztyletem, obracając srebrne ostrze pomiędzy palcami. Nie zauważyła nadejścia milczącego Arashiego – zabójca stanął u jej boku bez słowa, wzrokiem bez wyrazu przebijając po kolei wszystkich zebranych.
 -Jak minęła wam noc? – z czystej uprzejmości zapytał Nikolaj, wklepując coś w swego laptopa z szybkością światła. Błyszczały mu oczy, w kąciku ust błąkał się tajemniczy uśmiech.
 Julia nadal nie odrywała oczu od sztyletu.
 -JILL. – dopiero kiedy wypowiedział jej imię z większym naciskiem, gwałtownie poderwała głowę. – Noc. Jak wam minęła?
 -E… no… w porządku.
 -Czy kiedy Maddy zejdzie po schodach, okaże się, że tym razem jej włosy zyskały wspaniałą barwę zgniłej zieleni?
 -Skąd ci to przyszło do głowy? – Julia uniosła brwi.
 -No cóż, spałyście w jednym pokoju. To, że zeszłaś dziś po schodach o własnych siłach, uznaję za cud.
 Łowczyni roześmiała się nagle.
 -Tym razem nie przefarbowałam jej włosów, spokojnie.
 -Mamy przez to rozumieć, że Maddy wykrwawia się teraz w wannie, tak? – wesoło zapytała Natalia, zlatując po schodach i rzucając swój plecak pod ścianę obok brata.
 -Ja do niczego się nie przyznaję! – Jill rzuciła im ostatni, rozbawiony uśmiech i obróciła się do Arashiego. – Dajesz sobie radę, zabójco? – uśmiechnęła się do niego lekko, mimo, że nikt poza nim nie mógł jej zrozumieć, lekko ściszając głos.
 -Martwię się, łowczyni. – Arashi uniósł na nią wzrok.
 -Nie rozmawialiśmy o tym wczoraj. Twój brat… on też pracuje dla NIEGO?
 -Tak. Jest… taki jak ja. Robi to samo, co ja robiłem i nie zna litości.
 -Ale jest dla ciebie ważny, prawda?
 -Ważniejszy niż cokolwiek innego… prawie. – zabójca urwał, nagle podnosząc głowę i wbijając wzrok w schody. Ramiona skrzyżował na piersi.
 -Jestem! Przeżyłam!!! – Madeleine zbiegła po skrzypiących stopniach, pokonując je co dwa schodki, a z czterech ostatnich po prostu zeskoczyła, poślizgnęła się na posadzce i prawie wpadła na Nikolaja. W ostatniej chwili trochę skorygowała swoje położenie, uderzając plecami o ścianę i osuwając się do pozycji siedzącej, tak, żeby opaść na ziemie tuż koło przyjaciela. – Co tam porabiasz?
 -To, co nie tak dawno obiecaliśmy twojemu wujowi – chłopak uśmiechnął się do niej radośnie.
 -Powinnam się bać?
 -Powinnaś się cieszyć.
 -Pokaż. – zajrzała mu przez ramie i roześmiała się. – Ciocia Silva go zabije.
 -Kogo zabije? – w przebiegu zapytał Metody, zeskakując ze schodów i pędząc dalej korytarzem. Za jego plecami gnał wściekły Cyryl, pokrzykując coś o swoim honorze, śmierci i Julii. Madeleine w myślach uznała to za świetne połączenie.
 -Wuja Dantego.
 -A skąd wiecie, że on już nie jest martwy? – podsunęła im Natalia. – W końcu wypadło mu spędzić całą noc w jednym pokoju z panią Silvą.
 -Znając ciocie, najprawdopodobniej wasz wuj wyskoczył już przez okno, chcąc się od niej uwolnić. – z rozbawieniem zauważył Adrian, szybkim krokiem schodząc ze schodów.
 -Jak możesz? Wujek sobie poradzi! – zaprotestowała Maddy.
 Rozczochrany Den właśnie tą chwile wybrał sobie, żeby wejść do holu, bawiąc się w zamyśleniu swoim amuletem.
 -Wy też słyszeliście te krzyki w nocy? – zapytał z roztargnieniem.
 -Krzyki? – Metody, znowu biegnąc przez korytarz, zatrzymał się gwałtownie. Cyryl o mało na niego nie wpadł, hamując w ostatniej chwili. – Krzyki SKĄD?
 -No… z pokoju po lewej od mojego.
 Rodzeństwo Vale’ów wymieniło zaniepokojone spojrzenia.
 -Ciocia Silva i wujek Dante. O rany. – jęknęła Maddy.
 -Myślicie, że będziemy musieli dopłacać za zabójstwo w pokoju?
 -Cyryl!!!
 -No co? – chłopak spojrzał na nią z niewinnym zdziwieniem.
 -Jesteś naprawdę… - zaczęła.
 -Cii! – syk Nikolaja sprawił, że wszyscy umilkli. Z góry dobiegły ich odgłosy znajomej kłótni i głośne kroki na schodach.
 -O, jednak żyją – ucieszyła się Natalia.
 Silva i Dante zbiegli po schodach, zażarcie dyskutując na tylko sobie znany temat. Przed nimi, ze schodka na schodek przeskakiwał Sherlock: przed każdym z nich przystawał, przez chwile uważnie patrzył w dół i w końcu ześlizgiwał się na następny stopień.
 -Myśleliśmy, że już po was. – poinformował ich Den.
 -Niby dlaczego? – Strażniczka spojrzała na niego ze zdumieniem, na chwile przerywając spór. – Znaczy… owszem, było blisko, ale akurat tym razem to nie przez niego.
 -„On” ma imię – zaznaczył Dante.
 -Mówiłeś coś?
 -Skądże, musiało ci się wydawać. Nawiasem mówiąc, gdzie Debra?
 -A Dellix? – zawtórowała mu Silva. Łowca przewrócił oczyma, na co zareagowała triumfującym uśmiechem. – No to?
 -Żadne z nich jeszcze nie zeszło – uprzejmie odparła Julia, odpychając się od ściany. – Den mówił o jakichś krzykach w nocy.
 -Wasza genialna ciotka spadła z łóżka – Dante nie powstrzymał cienia satysfakcji w głosie.
 -Ależ tak? – z roztargnieniem zapytał Nikolaj, wpisując coś jeszcze na klawiaturze laptopa. Co chwila szeptali coś do siebie razem z Maddy, śmiejąc się cicho. Jill pomyślała, że jeśli zaraz się nie dowie, co kombinują, coś ją trafi.
 -Wcale nie spadłam! – zaprotestowała Silva.
 -Jak inaczej nazwałabyś uderzenie o ziemie?
 -Po prostu zeskoczyłam!
 -Na głowę!?
 -Może. – odparła z urazą. – Spadam, tak jak lubię!
 -Silvo… - z rezygnacją zaczął Dante.
 Strażniczka lekceważąco machnęła na niego ręką.
 -To było piekielnie wysokie łóżko, co najmniej cztery metry!
 -Pół metra – szepnął łowca do siostrzeńców.
 -…a poza tym szafka nocna była jakiś jard ode mnie!
 -Piętnaście centymetrów – skorygował jej kuzyn.
 -….no a ta komórka zaczęła dzwonić jak szalona!
 -Była wyciszona – dopowiedział Dante.
 -DANTE VALE!
 -Nie wiem, czemu się złościsz. – łowca rozłożył ramiona w geście niezrozumienia. – Przecież kiedy zacząłem się wtedy śmiać, rzuciłaś we mnie poduszką!
 -I wtedy ty spadłeś – dodała, nagle odzyskując dobry humor.
 Dante odchrząknął.
 -Powiedział bym raczej, że zeskoczyłem.
 -Tak, oczywiście. – odparła ironicznie, krzyżując ręce na piersi.
 Natalia i Nikolaj wymienili rozbawione spojrzenia. Chłopak jednak spochmurniał, kiedy do jego siostry podszedł Adrian.
 -Czasami chciałbym mieć przy sobie pistolet. – mruknął do Maddy.
 -Odstrzeliłbyś mu głowę? – zapytała niezbyt uważnie, przyglądając się ekranowi laptopa.
 -No co ty? Jestem cywilizowanym człowiekiem. Walnąłbym go kolbą pistoletu, spakował do dużej paczki i wysłał do miejsca, gdzie najszybciej zginie z rąk tubylców. Jeśli będę miał odrobinę szczęścia, to zjedzą go żywcem.
 -Mówisz o Afryce? – Madeleine podniosła głowę.
 -W sumie myślałem o Nowym Jorku, ale twój pomysł też wcale nie jest taki zły. O, Debra i Dellix idą.
 Dante i Silva ani na chwile nie przerwali kłótni („Wcale nie spadłem! A w sumie dlaczego do mnie rzucałaś?” „Jasne, że spadłeś, kretynie. A rzucałam, bo zacząłeś się śmiać!” „Bo kiedy już spadłaś, przestałaś się ruszać, leżałaś z wzrokiem utkwionym w suficie, słuchałaś wibracji telefonu i wreszcie poinformowałaś mnie, że najpewniej złamałaś kilka żeber!” „To jeszcze nie był powód do śmiechu.” „Gdybyś widziała wtedy swoją minę….” „Wiesz co? Chyba wydam cię Moriarty’emu. Przy odrobinie szczęścia może się tym zadowolić i da mi odsapnąć na kilka godzin.” „Przecież i tak byś to zrobiła, prawda?” „No… może…”), kiedy łowca i była agentka Hadesu ramie w ramie weszli do holu, każdy niosąc swoją torbę.
 -Hej, jedziemy już? – wesoło zapytała Debra.
 -Tak, z tego co wiemy, taksówki już stoją. – Strażniczka rzuciła okiem na zegarek. – Nie chcę was martwić, ale jedziemy na lotnisko.
 -Z Szkocji odlatują samoloty do Tybetu? – zapytał Cyryl.
 -Samoloty łowców – owszem. – Dante rzucił okiem na zegarek. – Chodźmy.
 -A co się stało, kiedy pan Vale już dostał tą poduszką? – zapytała Natalia, podnosząc swoją torbę z ziemi.
 -Ta…. Może kiedyś się dowiecie. – wymijająco odparła Strażniczka.
 Kiedy Julia chciała wyjść na zewnątrz, Arashi lekko dotknął jej ramienia. W jego oczach błyszczała ciekawość – nie zapomniał o bracie, ale znalazł coś, dzięki czemu mógł go teraz odsunąć na dalszy plan.
 -Zbyt słabo znam wasz język, żeby zrozumieć, o czym dokładnie mówiliście – odezwał się do łowczyni. – ale wiem jedno. Ani Dante Vale, ani Silva-sama nie spali tej nocy.
 Jill lekko zmarszczyła brwi.
 -Wiesz co? Na lotnisku kupimy gazetę. Jeśli robili tej nocy coś ciekawego, na pewno będzie o tym tam pisać.

piątek, 11 marca 2016

                                             33



Na początku Valerian nie mógł uwierzyć własnym oczom.
 Wiedział, że nie powinien włączać telewizora, ale nie mógł się powstrzymać. Był zbyt padnięty, by myśleć, a brak myślenia świetnie się u niego zgrywał z oglądaniem telewizji. Bez sił rzucił się na kanapę, na ślepo sięgnął po pilot i wybrał losowy program.
 Losowym programem okazały się być informacje ze świata.
 Korupcja… wojny… sekretne życie gwiazd… chciał już przełączyć, kiedy program doszedł do fazy katastrof i na ekranie wyświetlił się samolot, sfilmowany amatorską kamerą. Maszyna najpierw spadała w dół – coraz szybciej i szybciej zlatując ku ziemi. Z jej silników unosił się dym. Potem szarpnęło nią gwałtownie i wyrównała swój lot, z każdą sekundą jednak trochę obniżając wysokość. Wreszcie pilot najwyraźniej zupełnie odzyskał nad nią panowanie, bo zakołowała nad łąką w środku lasu i wylądowała pomiędzy drzewami, tylko cudem unikając uderzenia w konary.
 Obraz się zmienił: teraz główny plan zajmowała podekscytowana dziennikarka z mikrofonem. Z jej ust nieprzerwanie wylewała się fala informacji, wskazywała na w górę, w bok, w dół, aż w końcu pokazała na grupę ludzi, usiłującą właśnie wykraść się z pola widzenia kamery.
 -…ci o to ludzie zapobiegli dzisiejszej katastrofie… - jej słowa wreszcie doszły do uszu Valeriana. Zamarł z palcem na przycisku pilot, wpatrując się w grupkę, której przypatrywała się reporterka.
 Zatkało go.
 To była Jill.
 To był pan Vale.
 To była pani Silva… i Maddy… Ten Nikolaj… Adrian jakmutam… i ta Natalia… Cyryl i Metody… no i to indywiduum…
 To byli oni.
 A dzisiaj prawie zginęli.
 Dalej bezwiednie gapił się w ekran, kiedy obraz znów się zmienił i reporter w czarnym garniturze poinformował świat, że dziś nastał wielki dzień – rekord w grupowym pieczeniu pizzy został pobity. W ostatecznym pieczeniu wzięło udział aż dwustu lu…
 Valerian wyłączył telewizor.


*


Podczas gdy on właśnie przetrawiał przed chwilą zasłyszane wiadomości, Silva McEver przypatrywała się leżącemu przed nią talerzowi z chmurną miną.
 -Nie, nie ma szans. – dźgnęła niezidentyfikowany, szary obiekt, widelcem, mrużąc oczy. – Nie wmówisz mi, że to jest jadalne.
 Dante posłał jej krótkie spojrzenie znad mapy.
 -Jest.
 -No nie wydaje mi się.
 Łowca przyjrzał się grupie, która obsiadła dwa stoły w restauracji: trójce rozgadanych Vale’ów, milczącemu zabójcy, bawiącemu się z psem (kiedy Maddy zapytała go potem, jak przemycił Sherlocka na pokład, mgliście wspomniał coś o luku bagażowym i szybko zmienił temat), dwójce McEver’ów, rodzeństwu Bates i wreszcie byłej agentce Hadesu. Całe to zbiorowisko dyskutowało właśnie na tysiąc różnych tematów, podając tysiąc odmiennych twierdzeń i posługując się tysiącem zmyślonych cytatów. Nawet Den, siedzący na skraju stołu i przyglądający się nieufnie przechodzącym w pobliżu ludziom, wyglądał na bardziej odprężonego niż kiedykolwiek wcześniej.
 -Dante?
 -Hmmmm???
 -To coś na moim talerzu chyba się rusza.
 -Silvo, błagam cię! To tylko mięso!
 -Od kiedy mięso ma nogi?
 -A twoje ma?
 -Nooooo…. Tak mi się wydaje.
 Łowca westchnął ciężko i odłożył książkę.
 -Masz jeden z tych swoich humorów, prawda?
 -Po prostu nic z tego nie rozumiem – Strażniczka zaatakowała mięso, przyszpilając je do talerza. – Z jednej strony Moriarty postanawia nas zabić jeszcze w piramidzie, z drugiej już tam podsuwa nam następną wskazówkę. Potem znowu: niby truje pilota, ale nie przychodzi mu do głowy, żeby otruć NAS. Daję nam szanse, żebyśmy się uratowali. Nie rozumiem tego, przecież…. HA! Widziałeś? Poruszyło się!
 -Nie widziałem.
 -Bo nie patrzyłeś. Jesteś okropny – Silva z rezygnacją machnęła ręką.
 Restauracja, w której przebywali, należała do najlepszych w małym miasteczku, w których się zatrzymali, a mimo to, Strażniczka nadal była zdania, że po próbie zabicia jej, locie nurkowym samolotem zagłady i użeraniu się z tą przeklętą dziennikarką, należy jej się coś lepszego.
 A skoro już mowa o dziennikarzach…
 -Ona stoi za oknem – poinformowała kuzyna.
 -Ona? – Dante uniósł głowę, z ulgą przyjmując fakt, że rozmowa o uciekającym obiedzie została już zakończona. Za szybą restauracji stała kobieta ubrana w szykowny, czarny płaszcz, z nosem przyciśniętym do szyby. – To ta dziennikarka, prawda?
 -Owszem, to ona. Jechała za nami od lotniska… dziwne. Przecież prosiłam Dellixa, żeby się ją zajął.
 -Kiedy mówisz „zajął”, masz na myśli… - zaczął Dante. Spojrzał na nią z nadzieją, jakby oczekiwał, że zaraz poinformuje go, że poinstruowała Dellixa, żeby wysłał tą kobietę na opłacony zawczasu pobyt w jakimś kurorcie. – Po prostu powiedz, że nie kazałaś mu jej zabić.
 -Nie no, skądże. – zaprzeczyła Silva. – Dosyć dziwnych śmierci na dzisiaj. PO prostu ma ją odesłać do domu.
 -Posługując się oczywiście swoim niebywałym darem przekonywania? – kąśliwie zapytał Dante.
 Po chwili kontemplacji nad – jej zdaniem – nadal lekko podrygującym mięsem, Strażniczka odsunęła od siebie talerz i sięgnęła po frytki kuzyna.
 -Przyznaj się, jesteś po prostu zazdrosny.
 -Niby o co? – łowca spiorunował ją wzrokiem, kiedy sięgnęła po następną frytkę. – Nie chcesz mi nic powiedzieć w związku z faktem, że właśnie pozbawiasz mnie obiadu?
 -Owszem, chcę. – przyciągnęła do siebie jego talerz. – Powinieneś dosolić.
 Dante jęknął głucho.
 -Silvo, zlituj się! Nie możemy porozmawiać o czymś poważniejszym niż to, czy solę frytki czy nie?
 -A czy widzisz chwilowo na horyzoncie jakiś poważniejszy temat?
 -No nie wiem, może na przykład Moriarty!?
 -Ekhem… jeśli już o nim mówimy – wtrąciła się Julia, przerywając im powoli zaczynającą przeradzać się w kłótnie rozmowę. – To… słuchajcie, znowu dostałam SMS.


*


A WIĘC PRZEŻYLIŚCIE? ZASTANAWIAŁEM SIĘ, CZY

TYM RAZEM RÓWNIEŻ WAM SIĘ UDA – ALE JAK WIDAĆ,

SILVA MCEVER NIGDY NIE ZAWODZI, TO W KOŃCU

ŚWIETNY GRACZ. LECZ OTO ZNÓW CZAS NA MÓJ RUCH.

NIE SĄDZICIE, ŻE SZKOCJA JEST TROCHĘ ZA NUDNA?

MOIM ZDANIEM, JAK NA TAK WAŻNĄ ROZGRYWKĘ, TEN

KRAJ JEST ZDECYDOWANIE ZBYT PROZAICZNY. WIĘC

MOŻE KOLEJNA PRÓBA? CO MYŚLICIE O TYBECIE? DALSZE

INSTRUKCJE DOSTANIECIE WRAZ Z KOLEJNĄ WIADOMOŚCIĄ...

POZDRÓWCIE MOJEGO ZABÓJCE – POWIEDZCIE MU, ŻE

Z TEGO CO WIEM, JEGO BRAT MOCNO SIĘ ZA NIM STĘSKNIŁ.

MOŻE JUŻ WKRÓTCE DOJDZIE DO ICH NASTĘPNEGO

SPOTKANIA? OTO KOLEJNY ETAP NASZEGO MAŁEGO

TURNIEJU, A NAZWAŁEM GO POSZUKIWANIEM. MAM

NADZIEJE, ŻE PRZYPADNIE WAM DO GUSTU. WYRUSZAJCIE

SZYBKO.



M



-„Wraz z kolejną wiadomością”? – na głos przeczytała Maddy. – No, Julia, facet najwyraźniej cię polubił. Wuju Dante, zamierzamy mu przesyłać kartki bożonarodzeniowe?
 -Jeszcze nie wiem. – powoli odparł łowca.
 Wszyscy wokół stołu wbijali teraz wzrok w Arashiego Tenmetsu, któremu Silva ponownie – tym razem po japońsku – odczytywała SMS. Nawet Sherlock skulił się u nóg Dantego, usiłując z siebie nie wydawać żadnego dźwięku. Zabójca wysłuchał jej do końca, a potem z powagą skinął głową.
 -Ty… masz brata? – z powagą zapytała Julia.
 -Oui – Arashi miał siłę wyrzucić z siebie tylko to jedno, francuskie słowo. W głowie mu huczało, miał ochotę coś rozbić, zwalić stół, rozszarpać zasłony w oknach, wywrócić talerze, a potem wybiec z tej przeklętej restauracji i ruszyć przed siebie najszybciej jak się dało, uciec od tych wszystkich spojrzeń i od wszelkich myśli.
 Jak Moriarty śmiał… Nie miał prawda… Stop. Oczywiście, że miał prawo. On mógł zrobić wszystko, a zabójca już nie raz boleśnie się o tym przekonał.
 -Oui. – powtórzył jeszcze ciszej.
 Ten właśnie moment wybrał sobie Dellix, żeby wściekle głodny, wparować do restauracji.

wtorek, 8 marca 2016


32



-Słuchajcie, silnik już się nie pali – Julia siedziała na fotelu w dziwnej pozycji, usiłując dopatrzyć się czegoś za oknem. – No… chyba.
 -Czyżby odpadł? – ciekawie zapytała Maddy, nachylając się nad kuzynką.
 -Nie wydaję mi się.
 -Mi też nie.
 -Wielka szkoda.
 -Nieprawdaż?
 -Ależ tak.
 -W istocie.
 -Rzeczywiście.
 -Nieuprzejmością byłoby zaprzeczyć.
 -One są niesamowite – poinformował Arashiego Nikolaj. Młody zabójca z rezygnacją pokiwał głową, jakby rozumiał każde słowo. – No… i trochę nienormalne. – chłopak zamilkł na chwile, jakby czekając, by towarzysz wyrwał mu gardło za obrażenie Julii. Po chwili kontynuował. – No wiesz… przerzucać się ironią w takiej sytuacji.
 Arashi ani drgnął.
 -Świetnie się z tobą gada. Ty to rozumiesz człowieka – zauważył melancholijnie Nikolaj, a potem wstał z fotela. – Cyryl, Metody, ty tam, jak wam idzie?
 -Jeny…. A jak to twoim zdaniem wygląda? – z wyrzutem zapytał się go roztropniejszy w Vale’ów.
 -„Ty tam”? – powtórzył za Bates’em Adrian.
 -Ups, chyba musiałem zapomnieć, jak masz na imię. Nawiasem mówiąc: Cyryl, Natalia, nie, żebym coś mówił, ale ten transparent…
 -To był jego pomysł. – Natalia wzruszyła ramionami z niewinną miną.
 -Hm…
 Julia i Madeleine po wymienieniu jeszcze kilku zjadliwych uprzejmości wszczęły kłótnie, Arashi nie wstawał nawet z fotela, z roztargnieniem patrząc przez okno, a Nikolaj, Cyryl, Metody, Natalia i Adrian przyglądali się tłumowi wrzeszczących pasażerów samolotu, biegających między fotelami. Gdzieś między siedziskami unosiła się siwa wstęga dymu, jakby ktoś postanowił podpalić swój bagaż, a nad przejściem wiodącym do pierwszej klasy widniał transparent zamalowany flamastrami.
 Głosił:
 „SZANOWNI PASAŻEROWIE! DZIĘKUJEMY ZA WYBRANIE NASZYCH LINII LOTNICZYCH I USŁUŻNIE INFORMUJEMY, ŻE NIEDŁUGO ROZBIJEMY SIĘ O ZIEMIE. NIKT NIE PRZEŻYJE. PRZY ODROBINĘ SZCZĘŚCIA ROZPADNIEMY SIĘ W POWIETRZU ALBO POCHŁONIE NAS KULA OGNIA. DZIĘKUJEMY ZA UWAGĘ I ŻYCZYMY MIŁEGO DNIA. CYRYL I SPÓŁKA.”
 -Wiecie co… - trochę niepewnie zaczął Cyryl. – Minutę temu to wcale nie przedstawiało się jako taki zły pomysł…


*


-I jak? – zapytała Debra.
 -Dalej spadamy – stwierdziła Silva. – Nawiasem mówiąc, tylko mnie dziwi, że to trwa tak długo?
 -A wolałabyś się już rozbić!?
 -No nie wiem… Może gdybyśmy wyrzucili zbędny balast, zaczęlibyśmy spadać jeszcze wolniej? – spekulowała Strażniczka.
 -Zbędny balast, co? – Dante obrzucił Dellixa znaczącym spojrzeniem, ale zaraz otrząsnął się i gwałtownie odwrócił wzrok. Jak dla niego, ziemia zbliżała się zatrważająco szybko… ale ile czasu mogło minąć od chwili, kiedy wpadli tu wraz z Silvą i znaleźli martwego pilota? Trzy minuty? Więcej? Zamrugał. – Niestety, nie sądzę, żeby to miało podziałać.
 -Spoko, to była tylko taka luźna koncepcja. – Strażniczka wzruszyła ramionami.
 Den postanowił przerwać ten pół dialog, zanim do reszty postrada zmysły. On z trudem powstrzymywał panikę, a kuzynka Dantego wyglądała, jakby przyszła tu jakby od niechcenia i teraz tylko czekała, aż zagotuje się jej herbata czy stanie się coś równie prozaicznego.
 -Mówiłeś, że jeden silnik jakimś cudem znowu działa i że będziemy mogli wylądować – przypomniał dawnemu przełożonemu.
 -Tak sądzę. Ale po pierwsze, najpierw musimy wyrównać lot, a po drugie.... – Dante urwał na chwile. – Debra, znalazłaś?
 Den zrobił zdziwioną minę. Przyszedł tu dopiero przed chwilą (tuż po tym, jak na pokładzie wybuchła rewolucja) i nie bardzo wiedział, czego niby szukała Debra na szerokim panelu najeżonym mnóstwem przycisków. 
-Zgubiliśmy guzik od wysuwania podwozia – wytłumaczyła mu Silva. Najwyraźniej jej woda już się zagotowała, bo odepchnęła się od fotela, o który się wcześniej opierała, usiłując nie stracić równowagi, i wyjrzała zza ramienia Debry. – Mogę ja spróbować?
 -Nie sądzę, żeby to coś… - zaczęła była agentka Hadesu.
 -Moim zdaniem to ten – Strażniczka nie czekała na jej odpowiedź i nacisnęła pierwszy lepszy przycisk na panelu.
Koło siedzenia Dantego nagle zaświeciła się jakaś kontrolka. Lekko uniósł brwi, ale z wrażenia nie zapomniał o trzymania pionu i nie walnął o jakąś szafkę, tak jak Den.
 -Skąd wiedziałaś? – Dellix lekko zmrużył oczy.
 -Nie wiedziałam – z uśmiechem odparła Silva.
 Spojrzenie, które posłał jej kuzyn, mogło oznaczać tylko jedno.
 „Nie szpanuj.”
 Przewróciła oczyma.
 -No dobra, dobra. Den, sprawdzisz, co się dzieje u Jill? Znaczy…. Na pokładzie?
 -Jasne. – chłopak skinął głową, udając, że wcale nie widzi trzech kabin pilota, trzech foteli i trzech Dantych. Usiłował też nie patrzeć bardziej w prawo – trzech Dellixów mogło ostatecznie podkopać jego opanowanie.
Wyszedł szybkim krokiem.


*

  
Kiedy samolot nagle wyprostował się, Den był właśnie w połowie drogi między kabiną pilota, a drugą klasą, którą lecieli. Gwałtowny powrót pokładu do poziomego ustawienia prawie zwalił go z nóg – prawie, bo w ostatniej chwili przytrzymał się jakiejś szafki. Szybko odzyskał równowagę i ruszył dalej.
 Tym, co powaliło go jeszcze bardziej niż chybotanie przed chwilą, był widok, który ujrzał zaraz potem.
 W drugiej klasie wszyscy pasażerowie byli na kolanach.
 Najpierw myślał, że po prostu wszyscy się przewrócili – w końcu koniec pikowania był tak gwałtowny, że mogło się tak wydarzyć. Ale to nie była prawda.
 -A teraz może coś zaśpiewamy – zaproponowała Maddy śmiertelnie poważnym tonem. – Może coś religijnego?
 -„Highway to hell”? – z niewinną miną zaproponowała Julia.
 Madeleine zgromiła ją spojrzeniem.
 -Nie chcę ci złamać serca Jill, ale nie wszyscy tutaj podzielają twoją satanistyczną wiarę.
 -Au. Chyba nigdy już nie otrząsnę się po tym ciosie. – łowczyni przewróciła oczyma. Jako jedyna na pokładzie, prócz Arashiego, nie była na kolanach. Siedziała w poprzek fotela, z nogami zwieszonymi nad pokładem. Coś w jej postawie nieznośnie przypominało Denowi Silve McEver.
 -Dobra, to może Alleluja? – Maddy westchnęła ciężko.
 -Jestem za. – Adrian z trudem stłumił parsknięcie śmiechem.
 Nikolaj napotkał spojrzenie Dena i lekko pokręcił głową, jakby mówił „Nie chcesz wiedzieć”. Łowca uznał, że tak jest chyba w rzeczywistości, przesunął wzrokiem po pokładzie, uznał, że w zasięgu jego wzroku nie ma żadnych martwych ciał i obrócił się na pięcie, gotów poinformować Strażniczkę, że wszystko jest pod kontrolą.
 Za jego plecami chór głosów zaintonował pieśń…


*


-Serio? „Alleluja”? – z niedowierzaniem zapytała Silva.
 -Mnie trochę bardziej intryguje to „Highway to hell” – zauważył Dante. – Coś ty jej wpoiła?
 -Podstawową wiarę. – sarkastycznie odparła Strażniczka. – Ale jesteśmy jeszcze w trakcie nauki.
 -Przed czy po kursie latania na miotłach?
 -Uważaj, bo przywołam takiego demona, że padniesz na zawał.
 -Silva, rani mnie, jakie niskie masz o mnie zdanie. Znam cię od trzydziestu lat i żyje, chyba nie myślisz, że jakikolwiek demon mógłby być dla mnie zagrożeniem? Poza tym ja stoję po stronie dobra, a teoretycznie dobro zawsze zwycięża. Wiesz, jak coś takiego nazywamy?
 -Bratanie się z wrogiem? – podsunęła mu Strażniczka.
 -Moglibyście na chwile przestać? – z irytacją przerwała im Debra. – Widzę lądowisko!
Cała grupa odwróciła się w stronę wskazywanego przez nią miejsca w dole. Pośród morza drzew ziała jakby podłużna dziura: długa łąka, mająca może jakieś pięćset metrów.
 -Ja nic nie mówię, ale nie nazwałbym tego lądowiskiem. Może substytutem lądowiska. Albo dzieckiem lądowiska. Bękarcim dzieckiem, nawiasem mówiąc. Albo przyczółkiem… - Den gwałtownie potrząsnął głową. – Przepraszam, ale chyba mam wstrząs mózgu.
 -Przyczółek piekła – nostalgicznie mruknęła Silva.
 -Przestań rozmyślać o swoim domu – ironicznie odparł Dante. – Debra ma racje, musimy tam wylądować. Ten silnik długo nie wytrzyma. 
-Zamierzasz wyhamować tą kilkuset tonową bestią na pół kilometrowej łączce? Przecież my się zabijemy! – Strażniczka zmarszczyła brwi.
 -Masz może jakiś INNY pomysł?
 -Źle mnie zrozumiałeś, jestem za. Po prostu chciałam ci przypomnieć o wszystkich wadach tego pomysłu.
 -Wielkie dzięki. Den, leć do pasażerów i każ wszystkim zapiąć pasy. NATYCHMIAST.
 Łowca zasalutował mu z lekkim rozbawieniem i wybiegł.
 -W sumie to idiotyczne. Przecież nie da się lecieć z jednym silnikiem. – zauważyła nagle Debra.
 Dante skinął głową. 
-No cóż, jeśli już o tym wspominasz, to rzeczywiście. W sumie to się nie da.

piątek, 4 marca 2016

31

Ale wcale nie lądowali.
Pierwsza uświadomiła to sobie Silva, gwałtownie otwierając oczy. Wcześniej udawała, że śpi (rozmowy z Dellixem były świetne, ale sam łowca był jakiś taki… taki… no, nie taki jak Dante), a teraz nagle wyprostowała się w fotelu.
-Coś jest nie tak. – poinformowała towarzysza, a potem gwizdnęła cicho: denerwujący, wibrujący w uszach dźwięk rozszedł się po samolocie.
Dante, siedzący kilkanaście metrów od nich, uniósł głowę. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a potem łowca wyjrzał przez okno i jęknął cicho. Maszyna jeszcze bardziej obniżyła lot, ale nie rozległ się uspakajający głos stewardesy, przypominający o zapięciu pasów. Kilka akurat stojących osób upadło i stoczyło się po podłodze, kiedy samolot zanurkował w dół.
Kuzyn Strażniczki podniósł się ostrożnie i przeszedł między fotelami, posyłając siostrzeńcom uspakajające spojrzenie.
-Pikujemy w dół. – szepnął, nachylając się nad Silvą.
Posłała mu niedowierzające spojrzenie.
-Upili pilota czy co? Dellix, my zaraz wracamy – podniosła się z siedzenia i ruszyła z kuzynem między fotelami.
-Ciociu… - zaczęła Julia.
-Hm? – Strażniczka popatrzyła na nią z roztargnieniem.
-Arashi powiedział, że jeśli pilot jest nieprzytomny lub nie ma go w ogóle, to może być sprawka… Moriarty’ego.
-Kilka razy robił już takie rzeczy – po japońsku powiedział zabójca. Był blady, a w jego oczach błyszczała zawiść. Miał już COŚ, a teraz Moriarty powracał jak zjawa, by zabrać mu WSZYSTKO. Tak jak przed laty… kiedy był małym chłopcem… Od samego początku nienawidził tego imienia. Moriarty… od początku się nim brzydził.
-Jasne.
-Dante, mogę iść z wami? – Den prawie poderwał się z fotela.
-Zostań, tu zaraz może stać się coś złego – łowca znowu usadził go na miejscu i omiótł spojrzeniem wnętrze samolotu: tyle nieświadomych niczego, trochę teraz przestraszonym ludzi…
-Idziesz, czy wolisz się rozbić? – z irytacją zapytała się go kuzynka.
-Idę.
Przeszli na przód samolotu, prawie ześlizgując się po pokrytej ciemną wykładziną posadzce samolotu, pochylonej teraz o jakieś sześćdziesiąt stopni.
Stewardesę znaleźli na ziemi, w przedniej części maszyny. Leżała pod ścianą, gdzie pewnie sturlała się po przechyleniu samolotu.
Silva sprawdziła jej puls.
-Niedobrze – poinformowała kuzyna, prostując się. – Chodź, sprawdzimy pilota.
Miała nadzieje, że to, co podejrzewała, nie było prawdą.
Ale było.
Pilot leżał bez ruchu, z półprzymkniętymi oczyma…

*

-Nie podoba mi się to – zauważył Arashi, ponuro spoglądając w kierunku, w którym poszli Silva-sama i Dante Vale.
-Ani mi. To nie jest normalne, że tak szybko zbliżamy się do ziemi. – Jill zmarszczyła brwi w swój najdziwniejszy sposób, tak, że prawie tworzyły jedną linię Na ich widok Maddy zawsze wykrzykiwała „Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela!” i dostawała po głowię czymś ciężkim – raz Julia ogłuszyła ją nawet butelką wina (ciocia Silva nie mogła tego odżałować: był to podobno świetny rocznik).
-Nie przejmuj się – lekko stwierdziła teraz Madeleine. – Jestem pewna, że tam, gdzie zmierzamy, mają już dla ciebie przygotowane widły.
-Dlaczego ona sugeruje, że lecimy na farmę? – półgłosem zapytał Cyryl.
-Nie próbuj zrozumieć dziewczyn – lekceważąco odparł Metody.
-Och, no tak…
-Maddy, nie wiem, czy dla mnie mają już widły, ale bardziej boję się o ciebie. – sztucznie radosnym głosem powiedziała Julia.
-Gdyż ponieważ? – łowczyni zwęziły się oczy.
-Dziewczyno, gdzie cię wpuszczą z takimi włosami!?
-BAAAAARDZO zabawne, Jill. – ton Madeleine sugerował coś zgoła innego.
Nikolaj i Arashi wymienili rozbawione spojrzenia i równocześnie przewrócili oczyma, a potem roześmiali się.
-W każdym razie – Julia znów odwróciła głowę, przypatrując się uważnie przejściu do kokpitu. – mam niepokojące wrażenie, że coś jest mocno nie tak. To nurkowanie z pewnością NIE JEST normalne.
-Jasne, że nie jest normalne, jest natomiast wyjątkowo ZABAWNE. – odparła Maddy. – Widzieliście tego faceta? Lecimy pod takim kontem, że właśnie spadł mu tupecik i wylądował na tamtej biednej kobiecinie…
Den, mimo powagi sytuacji, musiał kaszlem zamaskować śmiech.
-Naprawdę dzieje się tutaj coś złego – Jill musiała użyć wszystkich swych pokładów silnej woli, by nie rzucić okiem na „faceta od tupecika”. – Ciocia Silva i wuj Dante długo nie wracają. Mam tylko nadzieje, że… Madeleine Vale, Z DALEKA OD MOJEGO PLECAKA!
-Mówiłam ci, że ona nie jest normalna – mruknęła Maddy do Natalii, niechętnie odkładając plecak kuzynki. – Ma oczy dookoła głowy!

*

W następnej chwili ich oczom ukazała się Silva, bez większego trudu wbiegając na równie pochyłą. Zatrzymała się koło Jill, tak, by przed upadkiem ratowało ją oparcie fotela za plecami i potoczyła po nich trochę niepewnym spojrzeniem, które Natalia zaklasyfikowałaby do typu „jak-by-im-powiedzieć-że-atakuje-nas-wściekła-chmara-najeźdźców-?”.
Prawda nie okazała się wiele lepsza.
-E… oglądaliście może kiedyś taki film „Czy leci z nami pilot”? – zagaiła Strażniczka.
-Owszem. Co w związku z tym? – trochę nerwowo zapytała Debra.
-Noooooo… Otóż nie leci.
Grupa wbiła w nią przerażone spojrzenia.
-Znaczy… leci. Ale nie daje oznak życia.
-Jest martwy? – wyszeptała pobladła Madeleine.
-E tam, na pewno nie. – Silva bez przekonania machnęła ręką. – On, pewnie, no, tylko śpi.
-Ale… tu jest autopilot, prawda? – podejrzliwie upewniła się Jill.
Strażniczka zakaszlała znacząco.
-No cóż… zabawne, że oto pytasz…
-Czyli nie?
-Właśnie. Czyli nie.
-Przecież pan Vale umie pilotować samoloty – zauważył Nikolaj.
-Rzeczywiście. – przyznała Silva. Wszyscy odetchnęli z ulgą. – ALE… - cała grupa na powrót zamarła. – mamy też uszkodzony silnik. – dokończyła.
-Jeden silnik?
-W zasadzie to dwa silniki.
-A ile ich mamy? – ciekawie zapytał Cyryl. Natalia schowała twarz w dłoniach w geście rezygnacji.
-Dwa – uprzejmie poinformował go Metody. – No dobra, ale macie plan, nie ciociu?
-No… tak. Znaczy… tak trochę. Już prawie. Nie całkiem. Nie do końca. W sumie to tylko odrobinę… Całkowici nie.
-No świetnie – mruknął Den.
-Ale jest jeszcze coś – dodała Silva.
-Spokojnie, gorzej być już nie może – z ulgą stwierdziła Maddy.
-No… nie powiedziałabym. W każdym razie, chyba wiecie, że piloci zazwyczaj nie um… ekhem, nie zasypiają sami z siebie. Więc… gdybyście zauważyli szwendającą się gdzieś tutaj grupę krwiożerczych zabójców, informujcie nas na bieżąco.
-Grupę CZEGO??? – krzyknął Cyryl, ale Strażniczka ześlizgnęła się już po posadzce, znikając im z oczu za zasłoną oddzielającą pierwszą klasę od drugiej.
-Grupa zabójców, niedziałające oba silniki, mar… znaczy śpiący pilot i ogólna katastrofa, śmierć i zagłada – beztroskim tonem podsumowała Maddy. – No dobra, kto chcę grać w krime?

*

-Jak ci idzie? – Silva w poślizgu wpadła do kokpitu pilota, niemalże wysadzając kuzyna z fotela.
-Źle. – krótko odparł Dante. Wszystkie diody na szerokim panelu sterowania przed nim, migotały jak szalone w chmarze zielonych, czerwonych, błękitnych i pomarańczowych rozbłysków. Na szyi miał potężne, czarne słuchawki z których chwilowo najwyraźniej nie korzystał, a dwa drążki, najwyraźniej służące jako substytut kierownicy – Strażniczka nigdy nie interesowała się samolotami i trochę irytował ją fakt, że być może zginie teraz przez coś TAK elementarnego – mimo, że były do niego przyciągnięte najbardziej jak się dało, nie rozbiły absolutnie nic. Strzałka szybkościomierza ciągle się wznosiła, a ziemia, już widoczna spoza zasłony chmur, była coraz bliżej.
-Czego potrzeba, żebyśmy znowu zaczęli się wznosić? – opadła na fotel drugiego pilota (tego nieszczęśliwca akurat nie znaleźli i nie bardzo chciała wiedzieć, co się z nim stało).
-Cudu – zwięźle poinformował ją kuzyn.
-Czyli nadal zero pomysłów?
-Nadal. A może… może… nie wiem. Ale jesteśmy za nich wszystkich odpowiedzialni, nie mogą zginąć! Nie masz jakiegoś, no wiesz, amuletu, który mógłby nam pomóc?
-Nie przy sobie – łowca z goryczą pokręcił głową. – Słuchaj Silvo, MUSIMY coś wymyślić.
-Jakbym nie wiedziała! A nawiasem mówiąc… - Strażniczka urwała nagle i lekko zmarszczyła brwi, przyglądając się ciału pilota, leżącego pod ścianą. – Słuchaj, on nie ma żadnych ran. Ciętych, kłutych, nic z tych rzeczy. Ona tak samo.
-Trucizna?
-Może. Ale jeśli tak, zabójców nie ma… chociaż. Nie, nie wiem. – potrząsnęła głową. – Miałeś racje, potrzebujemy cudu.
W następnej chwili stał się cud.